Napisane przez: psycholudens | luty 5, 2009

Kultura i prawa autorskie

Mamy następujący intelektualny problem do rozwiązania. Trzeba pogodzić dwa zjawiska:

a) Społeczeństwa umierają wtedy, gdy niszczone są prawa własności jednostek. Prawo własności jest moim zdaniem prawem pierwotnym, naturalnym. Moje dwuletnie dziecko, jako jedną z pierwszych rzeczy, nauczyło się określać i rozumieć stwierdzenia: co jest moje/co jest nie moje, czyli czyj jest dany przedmiot. Oczywiście koncentruje się na przedmiotach swoich, ale też respektuje informację, że przedmiot jest mamy/taty. Dla niej świat dzieli się na to co jest “ja”, oraz to co jest “nie ja” . Najbardziej “ja” jest ona sama, jej ciało, głowa, nogi, ręce, ale sfera “ja” rozciąga się na ulubione zabawki, a także przedmioty, które może zużyć, takie jak czekoladki. Jeśli czekoladka jest “nie ja” to nie można jej jeść. Innymi słowy, już dwulatek w naturalny sposób rozumuje na zasadzie praw autorskich/własności.

b) Społeczeństwa umierają wtedy, gdy niszczony jest rozwój kultury i swoboda kopiowania informacji. Dla mojego dwuletniego dziecka, jedną z kolejnych naturalnych rzeczy jest kopiowanie i przetwarzanie wszelkich wypowiedzi rodziców, wierszyków, bajek i wyliczanek. Kopiując informacje uczy się mówić, rozumieć, kontrolować własne zachowanie, przewidywać i bawić się. Gdyby musiała płacić mi za każde słowo, które ode mnie “kopiuje”, nigdy nie nauczyłaby się mówić. Oczywiście nie kopiuje moich słów perfekcyjnie, zmienia je i modyfikuje, dopasowując je do własnej struktury wiedzy. Innymi słowy, nawet dwulatek w naturalny sposób dokonuje kulturowych remiksów.

W tej chwili mamy sytuację dramatycznie patologiczną, gdyż prawa, które jak sądzę są naturalne dla każdego z nas, są ignorowane zarówno przez jedną, jak i przez drugą stronę konfliktu. Tymczasowe rozwiązanie opierające się na “dozwolonym użytkowaniu”, czyli mnożeniu wyjątków i wyjątków od wyjątków, które określają czy i kiedy wolno coś kopiować, a kiedy nie, tworzy  niezrozumiałą paplaninę biurokratyczną, której prawie nikt nie przestrzega. Prawa zbyt złożone nie działają i tyle. Ośmielę się stwierdzić, że ten kto znajdzie dobre rozwiązanie uratuje kulturę.

Tutaj dobra ilustracja problemu.


Odpowiedzi

  1. Wielokrotnie zastanawiałem się nad problemem prawa w ogóle. Systemy prawne opisują rzeczywistość w postaci sztywnych reguł opartych o zakazy i nakazy. Taka formuła zdaje się wykazywać tym większą niedoskonałość im kultura staje się bardziej wielowątkowa. Niewątpliwie nasz rozwój cywilizacyjny wkracza na coraz to nowe obszary, które na wielu poziomach i płaszczyznach zazębiają się i przenikają tworząc swoistą sieć powiązań (używając języka teorii systemów). Próba opisu tych współzależności poprzez język wyizolowanych procesów (język prawa) prowadzi do tego, że powstające regulacje kompletnie nie są w stanie uchwycić niuansów rzeczywistości społecznej. Oczywiście wiąże się z tym cała masa praktycznych kwestii jak np. działanie kapitalizmu, który funkcjonuje jako system dzięki kumulacji kapitału. System “szuka” sposobów kumulacji gdzie się tylko da. Za jeden z nich możemy traktowanie kwestii własności w kontekście gromadzenia kasy. To oczywiście tylko przykład, jeden z wymiarów. Ciekawe byłoby zorganizowanie jakiejś burzy mózgów, aby znaleźć alternatywę dla “ścieżki przepisów” :)

  2. :) no alternatywa w pewnym sensie istnieje jako mechanizm działania systemu anglosaskiego.

    Jak ja to rozumiem jest to, przynajmniej w teorii, prawo oparte na ocenie danego przypadku z punktu widzenia zdrowego rozsądku, a poprzez to stworzenie prawa na zasadzie historycznego zbioru “doświadczeń” empirycznych.

    Oczywiście system działa jeśli rozsądek jest zdrowy ;) , czyli racjonalny i niezależny. Tak samo, jak nauka działa tylko wtedy, gdy naukowcy są racjonalni i niezależni… i nadążają za rzeczywistością.

  3. No właśnie, jeśli rozsądek jest zdrowy ;) Problem pojawia się jednak wtedy, gdy dla większości, która to prawo stanowi biblia jest motorem pomysłów :) Jak pomyślę o prawach z Teksasu to włos mi się na głowie jeży ze strachu, że mógłbym tam mieszkać :)

  4. hmm… jedyne pocieszenie w tym, że jeśli rozsądek nie jest zdrowy to w końcu umiera razem z jego właścicielem :) naturalna selekcja.

  5. Ale biblia jest niczym duch Lenina, nie chce zniknąć :)

  6. Czyli wniosek, że ma w sobie coś wartościowego, tak samo jak Lenin ;)

  7. Ja nawet zaryzykuję twierdzenie, że biblijny Jahve i Lenin wykazują wiele podobnych cech “charakteru” jeśli oczywiście słowo charakter można użyć w stosunku do boga jedynego ;)

    • A to ciekawe ;) myślę, że nie można by użyć słowa charakter, gdyż on określa pewien zakres różnorodności, charakter jest jakiś w odniesieniu do innego charakteru, więc jeśli jakiś byt byłby jedyny to właściwie nie miałby już charakteru :) teraz pytanie czy taki byt byłby niczym, czy też byłby wszystkim?

  8. No właśnie, intrygujące pytanie. Gdy mówimy “byt” z reguły łączymy to słowo z pojęciem tożsamości. Byt definiujemy więc w kontekście tożsamości. Czy można by wyobrazić sobie byt, który nie jest ograniczony żadną tożsamością? Co oznacza, że coś “jest”, albo coś “nie istnieje”. Być może wszystko cokolwiek istnieje przejawia się zawsze z jakiegoś punktu widzenia? Może trzeba by rozróżnić wyraźnie pojęcia “istnienia w sensie obiektywnym” i przejawiania się “w sensie subiektywnym”? Przy takim podejściu wszystko cokolwiek ma określoną tożsamość może postrzegać poprzez ramy tej tożsamości. Tworzy zatem jedynie obrazy tego, co rzeczywiście istnieje. Byt, który nie posiadałby tożsamości mógłby doświadczać siebie niejako bezpośrednio (obiektywnie) a nie poprzez filtr obrazu, który narzuca tożsamość. Czy tożsamość jest koniecznym warunkiem istnienia? czy tylko naszym wyobrażeniem o istnieniu? ;)

  9. Moim zdaniem byt bez tożsamości to niebyt ;) , gdyż przestaje być toż”sam”, a staje się wlepiony w coś innego.

    Jeśli miałbym propozycję pozbycia się mojej tożsamości w nadziei na obiektywne doświadczenie świata, to miałbym wrażenie, że proponujący chce mnie w siebie “wlepić”, tym samym powiększając swoją toż”sam”ość.

  10. I tak właśnie skończyła nijaka siostrzyczka Faustyna Kowalska, którą to coś co nią zawładnęło wtopiło ją w siebie. Faustynka żywiła niezłomne przekonanie, że był to Jezus Chrystus we własnej osobie. Zwolennicy antropozofii Steinera nazywają takie byty egregorami astralnymi. Neuronaukowcy, powiedzą, że to kompletna bzdura i że wszystkie doświadczenia siostrzyczki były jedynie działaniem jej sieci neuronowych. Z pewnością neuronaukowcy mają rację w tym sensie, że nawet jeśli siostrzyczka postrzegała coś rzeczywiście istniejącego na innym poziomie rzeczywistości to czyniła to za sprawą swego mózgu. Widziała zatem obraz. Czy były to wytwory fantazji czy też odbierane i ukazywane przez umysł obrazy trudno powiedzieć bo jedna i druga odpowiedź to czysta wiara, tyle, że albo w materializm albo w mistycyzm. W każdym razie głęboko współczuję siostrzyczce kontaktów z tym sadystycznym koszmarem, bez względu na to czy był to byt obiektywny, czy też jedynie dziwaczne halucynacje siostrzyczki ;)

  11. Odpowiadam na dosc starego posta (dopiero teraz trafilem na tego bloga:), ale moze ktos jeszcze to kiedys przeczyta…

    Zastanawialem sie ostatnio nad tym samym problemem po obejrzeniu filmu “Steal This Movie II” (jest za darmo w internecie). To taka propaganda ze strony zwolennikow swobodnego dostepu do wszelkich dobr kultury i zasobow wiedzy. Pada tam zdanie “intelectual property? what the hell is intelectual property?!” – ktore charakteryzuje dobrze przeslanie calego filmu.

    Problem oczywiscie w tym, ze jest to skrajny koniec tego samego kija, o ktorym piszesz. Niestety tworcy filmu nie zastanawiaja sie z czego powinien wyzyc autor ksiazki, tworca idei, rezyser filmowy… Powinni tworzyc i wrzucac wszystko za darmo do sieci, a po godzinach chyba przerzucac mrozone ryby w jakiejs hurtowni, nie wiem…

    Wydaje mi sie, ze jedynym kompromisem, ktory moglby zadowolic obie strony jest system zbierajacy dobrowolne oplaty PO “konsumpcji” danego przekazu (tak filmu, jak i eseju filozoficznego, czy plyty z muzyka). Obecnie rozchodzi sie tak czesc oprogramowania komputerowego, ale nie widzialem tego samego rozwiazania w odniesieniu do innej “wlasnosci intelektualnej”. Faktem jest, ze musi dorosnac do tego spoleczenstwo, zdac sobie sprawe, ze faktycznie dotacje dla autora wplyna na powstanie badz niepowstanie kolejnego utworu. Ale tez spoleczenstwo nie jest glupie, ani z natury zle, trzeba po prostu stworzyc system i mozliwosci latwego dokonywania takich wplat. Bo nie trzeba byc psychologiem, zeby sie domyslec jak szybko czlowiek zapomni po zobaczeniu Matrixa 4, ze powinien cos za niego zaplacic (jesli mu sie podobal oczywiscie)… ale gdyby po zobaczeniu takiego filmu na komputerze wyswietlil mu sie przycisk z nominalami “5″, “10″, “20″ zl, mysle ze ludzie by klikali. Kwestia stworzenia prostego w obsludze systemu takich platnosci. No i odwagi tworcow, ktorym znacznie wygodniej jest siedziec w wielkiej wytworni i liczyc twarde statystyki ze sprzedazy dvd po 60zl :)

    • :) Dzięki za wypowiedź, na pewno ja przeczytałem. Faktycznie w tej chwili mikropłatności są głównym kierunkiem działania i dają największe szanse na sukces. Mam tylko nadzieję, że doczekam jakiegoś prostego i skutecznego systemu dystrybucji.


Zostaw odpowiedź

Twoja odpowiedź:

Kategorie